piątek, 8 listopada 2013

Albert Camus "Gość"

Miałam wczoraj ogromną ochotę symbolicznie chociażby uczcić 100 urodziny Alberta Camus. Przeglądałam liczne strony internetowe i na jednej z nich natknęłam się na króciutkie (10 stron) opowiadanie tegoż autora. "Gość" to jedna z nowel zawartych w zbiorze "Wygnanie i królestwo". Nie miałam niestety zbyt wiele czasu, by zdobyć więcej informacji na temat całego zbioru, etiologii jego powstania i ogólnej charakterystyki. Tak więc czytając opowiadanie wyrwane niejako z kontekstu trudno było mi wyobrazić sobie miejsce, czas i stosunki międzyludzkie tam opisane. Ale podobało mi się tam, choć zawitałam do świata Camus zaledwie na kilka minut...

... Nauczyciel patrzył na dwóch mężczyzn zmierzających w jego stronę...

Dookoła pola, które pokrył śnieg, na niebie kłębowisko chmur, pośrodku pustkowia mała szkółka, a w niej on - Daru. I jeszcze ktoś, zbliża się na koniu i ciągnie za sobą... człowieka, Araba. To komendant wlecze za sobą więźnia, Daru nie rozumie jednak, jaki jest cel ich wizyty. Wkrótce dowiaduje się, że człowiek związany sznurem zabił jednego z kuzynów. Dlaczego? Nie wiadomo, kogo to obchodzi. Morderstwo to morderstwo. Komendant przynosi rozkaz - nauczyciel musi odprowadzić więźnia do pobliskiej miejscowości - i odchodzi. Daru pozostaje z gościem sam na sam. Zapada noc. 

Co dzieje się z człowiekiem, kiedy ogarniają go ciemności? O czym myśli, co czuje? Noc potrafi zmienić w ludziach wszystko. Może ich sprowadzić na złą drogę lub wręcz przeciwnie - pokazać im dobre rozwiązanie problemu. Opowiadania Camus'a przepełnione jest symbolami. Wszystko możemy tu odczytywać na kilka sposobów. Są pola, z których ludzie zbierają przedziwne plony - kamienie. Są rozdroża, na których bohaterowie podejmują ważne dla siebie i innych decyzje. Są obcy sobie ludzie, którzy potrafią zrozumieć się bez słów, chociaż... może kompletnie siebie nie rozumieją. Nic z tym opowiadaniu nie jest zwyczajne. Szczerze przyznam, że nie potrafię go zinterpretować. Ale oczarowało mnie. Chcę jeszcze i jeszcze! 

...W tym ogromnym kraju, który tak kochał, był sam...*

A jak wy uczciliście urodziny jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku? Jak reagujecie na jego twórczość? Jak ją odczytujecie? Czy lubicie jego powieści, czy wręcz przeciwnie? Jestem bardzo ciekawa Waszych odpowiedzi!

środa, 23 października 2013

Zmiany w zasadach zabawy i wielka prośba!!!

Drogie blogerki, drodzy blogerzy!

Jak większość z was wie, od kilku miesięcy zachęcam was do udziału w zabawie (wyzwaniu) o wdzięcznej nazwie JUBILEUSZOWE LEKTURY. Ponieważ otrzymałam kilka informacji o tym, że miesiąc czasu na odnalezienie i przeczytanie czegoś stworzonego przez danego Jubilata, to zbyt krótki i obciążający termin, postanowiłam zmienić nieco zasady tej zabawy. 

A MIANOWICIE: od 1 stycznia 2014 chciałabym zaproponować listę kilkunastu polskich i kilkunastu zagranicznych autorów - Jubilatów, którzy świętować będą przez okrągły rok. 

I tu zaczyna się druga część mojego posta, czyli WIELKA PROŚBA! Abyście byli tak łaskawi i wypełnili ankietę [KLIK], dzięki której pomożecie mi wybrać Jubilatów, z którymi świętować będziemy w przyszłym roku. Jest to ankieta wielokrotnego wyboru, a więc możecie zaznaczyć dowolną liczbę odpowiedzi. Oczywiście nie jest to jednoznaczne z zapisaniem się do zabawy i obowiązkowym przeczytaniem czegokolwiek. Wypełnienie tej ankiety zajmie Wam około 5-7 minut. Bardzo proszę - pomóżcie w potrzebie!!! Czas na wypełnienie mamy do 10 listopada. Po tym czasie chciałabym przygotować biografię i bibliografię każdego Jubilata, a to zajmuje dużo czasu...

Byłabym też wdzięczna, gdybyście link z ankietą zamieścili gdzieś na swoich blogach. W ten sposób rozprzestrzeni się i może więcej osób dowie się o zabawie lub chociażby pomoże w wyborze tych najciekawszych autorów. A jest w czym wybierać - zaręczam!!!

No to do dzieła! - Ja już wypełniłam :)

/Uwaga! Ankietę można wypełnić kilka razy:)/

poniedziałek, 21 października 2013

Klementyna z Tańskich Hoffmanowa - "Dziennik Franciszki Krasińskiej"

wydawnictwo: wolnelektury.pl

... Tydzień temu, w samo święto Bożego Narodzenia, Jmć Dobrodziej ojciec mój kazał przynieść sobie ogromną księgę, w którą już od lat kilkunastu, obyczajem wszystkich niemal panów polskich, wpisuje własną ręką rozmaite publiczne i prywatne pisma...
Ależ przeżyłam niesamowitą przygodę! I to z nie byle jaką postacią... Bardzo rzadko tak wciąga mnie i porusza czyjś dziennik czy pamiętnik. Tym razem jednak Klementyna z Tańskich Hoffmanowa zaciekawiła mnie niesamowicie osobą Franciszki Krasińskiej. Nazwisko znane, a jakże, skojarzyłam z Zygmuntem Krasińskim. I jakiż to był błąd! Nie ten czas, nie to miejsce, ni ci ludzie. Na szczęście.

Spędziłam bowiem kilka przyjemnych dni w XVII-wiecznej Polsce, rządzonej przez Augusta III, barwnej, butnej, szlachtą stojącej Polsce, która w niedługim czasie miała zniknąć w map Europy. Tam poznałam młodą, wesołą osóbkę - Franciszkę Krasińską. To ona pokazała mi barwny i jakże inny od współczesnego świat szlachty, tamtejsze obycie, sposób prowadzenia konwersacji. Dzięki niej poznałam różne ciekawe zwyczaje panujące na zamkach, w pałacach i we dworach. W końcu także dzięki niej poznałam kawałek historii Polski - wszystkie bowiem informacje zawarte w pamiętniku są jak najbardziej zgodne z faktami historycznymi. Gdy dodamy do tego bardzo bogaty w opisy, nowinki, niezwykle emocjonalny i jak najbardziej osadzony w XVII wieku styl pisania - czegóż więcej nam potrzeba. Nic, tylko brać lekturę do ręki i czytać, czytać, czytać...

Kto (tak jak ja) nie zna historii Franciszki Krasińskiej, temu na pewno nie streszczę jej tu w całości. Ale zdradzić kilka faktów mogę. Otóż nasza bohaterka wiodła bardzo monotonne, aczkolwiek dla niej ciekawe życie na maleszowskim zamku, gdzie się urodziła i wychowywała pod okiem obojga rodziców. Miała trzy siostry, z których najbardziej kochała starszą Baśkę. Wkrótce po zamążpójściu Basi rodzice postanowili wysłać drugą w kolejce do ożenku Franciszkę na nauki do Warszawy. Tam pod okiem Madame Strumle uczyła się etykiety, dobrych manier, języka francuskiego, haftu i innych potrzebnych pannom na wydaniu elementów ówczesnej edukacji. Następnie trafiła do swej krewnej, księżnej, która pokazała jej wielki świat książąt i królów. Świat, który Franciszkę zgubił. Poznała tam bowiem miłość swego życia i na nieszczęście pozostała jej wierna. Ot i koniec, więcej nie zdradzę. 

Czy Franciszka Krasińska była szczęśliwa? W czasie pisania pamiętnika tak. Energia, żywiołowość, ciekawość świata wypełniały każdy zapisany w nim dzień. I gdyby nie Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, pewnie nie dowiedzielibyśmy się, jak było naprawdę. Autorka dokończyła pisany przez bohaterkę dziennik własnymi informacjami z życia Franciszki. I niestety nie były to wesołe opisy. Nieszczęśliwa miłość, potajemny ślub, odtrącenie przez najbliższych, życie z dala od męża, luksusów, bez własnego domu. Jednym słowem szczęście opuściło naszą bohaterkę wraz z nadejściem wielkiej miłości. 

Serdecznie polecam wszystkim tę lekturę! Musicie ją przeczytać, po prostu. 

...Z tych, jako z prawdziwych dzieci swoich, ojczyzna korzysta i korzystać będzie: jedni krew za nią przelewali, drudzy światłem ją bogacą, młodzi rosną na jej posługi i chwałę, a płeć żeńska cnót domowych wzory daje...*

* cytaty to pierwsze i ostatnie zdanie "Dzienników.."  

sobota, 28 września 2013

Wodospad - Joyce Carol Oates


Całkiem niezła książka, której lektura jednak wyjątkowo mnie zmęczyła.

Zaczyna się mocnym akcentem- rok 1950, nowożeńcy- Ariah i Gilbert, spędzają miesiąc miodowy nad Niagarą. Po fiasku nocy poślubnej Gilbert rzuca się do wodospadu.
Ariah jakoś udaje się pozbierać po tym wydarzeniu, ale naznaczy ono na zawsze jej dalsze życie. Uzna, że jest przeklęta, i choć niebawem uda jej się stworzyć kolejny, tym razem udany związek (z adwokatem Dirkiem Burnabym), będzie już do końca wyglądać kolejnej katastrofy, przewidywać najgorsze, wyglądać czającego się nieszcześcia.
Wszystkie jej działania mają na celu zabezpieczenie się (emocjonalne i finansowe) przed sytuacją, gdy straci także Dirka. Okazuje się zresztą, że faktycznie, w końcu traci drugiego męża, ale w sposób, którego nikt nie mógł przewidzieć.
Jednak żadne działania, które miały przygotować grunt pod najgorsze, nie uchroniły Ariah i jej trojga dzieci, przed tym , co faktycznie musieli przejść i nie ułatwiły przeżycia żałoby, utraty a potem życia bez ojca i partnera.
Mijają lata, każdy radzi sobie z tą wyrwą w ich życiu na swój sposób: Ariah- poprzez całkowite wyparcie Dirka ze świadomości i pamięci, jej synowie (każdy oddzielnie)- próbują wyjaśnić tajemnicę jego ostatnich chwil, uda się to jednak tylko najmłodszej z rodzeństwa- nastolatce Juliet.


Plusy ksiażki- wiarygodność psychologiczna- doskonale sportretowana jest główna bohaterka- jej walka najpierw z traumą po samobójstwie pierwszego męża, której nie jest w stanie przezwyciężyć, potem wyparcie części swojego ja po śmierci Dirka. Minusem tego doskonałego sportretowania bohaterki jest to, że jest wyjątkowo wkurzająca.
Człowiek czyta, i męczy się razem z ludźmi, którzy musieli z nią przebywać.
Świetnie oddane są również charaktery pozostałych bohaterów- zwłaszcza rodzeństwa Bunburych.
W przewrotny sposób książka ma pozytywne przesłanie i daje nadzieję- dla mnie kolejny plus. No i ostatni- jeśli chodzi o stosunki dzieci- rodzice bazuje raczej na pojęciu "wystarczająco dobrego rodzica" a nie skandynawskiego "rodzic musi być idealny".
Być może kogoś zainteresuje też tematyka ekologiczna.
Jeśli wydaje się wam, że dacie radę przez 450 stron obcować z wyjątkowo neurotyczną bohaterką, to polecam tę książkę.

czwartek, 26 września 2013

Nowa lista - październik 2013

Drodzy czytelnicy! ze sporym poślizgiem, ale jest - październikowa lista Jubilatów. Tym razem być może nie aż tak imponująca jak poprzednie, ale to pewnie tylko moje skromne zdanie. Jeśli ktoś znajdzie na liście Jubilata, z którym chciałby świętować, zapraszam!!!

Listę oczywiście znajdziecie powyżej :)

środa, 21 sierpnia 2013

Edith Nesbit "Poszukiwacze skarbu"


...Naszym grodem rodzinnym jest Lewisham Road...*

Rzadko sięgam po literaturę dziecięcą i młodzieżową XIX wieku. Mam wrażenie, że nic się w tych historiach nie dzieje, wątki ciągną się w nieskończoność, i wszystko kończy się dobrze, szczęśliwie i przewidywalnie. No cóż, nie pomyliłam się i tym razem, chociaż przyznam, że moje obawy i przemyślenia nie do końca się sprawdziły.

Poznajemy tu bowiem szóstkę rodzeństwa, która po śmierci matki i kłopotach finansowych ojca nie może uczęszczać do szkoły. Nie może także jeść ulubionych przysmaków, podróżować, nosić najpiękniejszych ubrań. Bardzo brakuje im mamy i dawnego życia. Postanawiają więc wziąć sprawy w swoje ręce - odszukać skarb, dzięki któremu odbiją się od finansowego dna i wspomogą biednego ojca. Zarządzają naradę i każde z nich wymyśla własny niepowtarzalny sposób na zdobycie skarbu. Przyznam szczerze, że pomysłów to im nie brakowało.

Cóż z tego, skoro większość pomysłów nie udała się, głównie ze względu na ugrzecznione wychowanie dzieci. A planowali kilka ciekawych rzeczy, między innymi napad, handel winem, pożyczkę u Żyda - lichwiarza czy redagowanie gazety. Na dodatek, cokolwiek zarobili, od razu trwonili na szczytne cele lub łakocie. I gdy już mieli zamiar poddać się i pogodzić z własnym losem, nieoczekiwanie skarb sam ukazał się ich oczom. Choć szczerze mówiąc solidnie sobie na niego zapracowali.

Książka początkowo nudziła mnie i denerwowała. Jak można być tak grzecznymi i ułożonymi dziećmi?! Dziękuję, proszę, przepraszam - odzywali się tak nawet do siebie podczas zabawy. Do tego tradycyjnie dziewczynki były grzeczne, cichutkie i spokojne, a chłopcy wpadali na najciekawsze pomysły.Strasznie irytowały mnie ich charaktery i zachowania. Więc dlaczego w sumie historia ta zainteresowała mnie na tyle, że nawet nie zauważyłam, kiedy dobrnęłam do ostatniej strony..? Nie umiem opowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, czy to sposób pisania Nesbit, czy ciekawość, co też zdarzy się w następnym rozdziale, czy po prostu zwyczajna nutka tęsknoty do dzieciństwa... Przypomniały mi się własne pomysły i niezbyt bezpieczne zabawy. 

Czy wręczyłabym tę książkę własnemu dziecku? Owszem. Po to, by zobaczyło, jak kiedyś bawiły się dzieci, jaką miały wyobraźnię i ile zabawek (czytaj żadnych) potrzebowały, by miło i ciekawie spędzić wolny czas. Także po to, by poznało dawne czasy, odkryło inny świat i styl wypowiedzi. W końcu po to, by poznało szóstkę bardzo miłych, kochających się bohaterów, pełnych radości, humoru i optymizmu nawet w tak trudnych dla nich czasach.

...Biedny Indianin z odległych stron wraca,
I kogoż po drodze spotyka?
Spotyka poszukiwaczy skarbu,
Którzy szukali i znaleźli największy skarb...
Drogiego i dobrego wuja... *

* Zdania zapisane kursywą to początek i koniec powyższej książki.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kariera Nikodema Dyzmy

Postać Nikodema Dyzmy zna chyba każdy. Bardzo popularna swego czasu książka, potem jeszcze popularniejsza adaptacja filmowa, a ostatnimi czasy nawet komedia nawiązująca do oryginału - "Kariera Nikosia Dyzmy". Cóż więc skłoniło mnie do sięgnięcia po tę lekturę? Po pierwsze- rocznica urodzin autora, po drugie - kompletny brak wiedzy na temat jego twórczości, po trzecie - nieznajomość ani treści książki, ani treści filmu.

Przyznam szczerze, że liczyłam na nieciekawie napisane czytadło, z mdłymi postaciami i nudną historią (cóż za podejście do lektury, nieprawdaż? aż chce się czytać... :)). A tu powieść Dołęgi Mostowicza wciągnęła mnie od pierwszej do ostatniej strony! Mało tego - kiedy już dotarłam do ostatniej strony, nie chciało mi się wierzyć, że to już koniec. Bardzo dobra lektura na lato! 

Czy muszę komukolwiek przypominać o czym jest ta książka? Jeśli znajdzie się ktoś, kto nie zna historii Nikodema Dyzmy, to niech nadstawi ucha i słucha: otóż kręcił się po warszawskich ulicach pewien mężczyzna, niebrzydki, niegłupi, ale bez większych szkół i bez doświadczenia w pracy. Nigdzie nie mógł dłużej zagrzać miejsca. A e na dodatek leniwy był z niego typ, szukał pracy lekkiej, łatwej i przyjemnej. Niestety, nic z tego nie wychodziło. Zupełnym przypadkiem bohater nasz zdobył nieimienne zaproszenie na bal dygnitarzy rządowych, a ponieważ głodny był niemiłosiernie, postanowił wybrać się tam i posiedzieć choćby godzinkę. Któż mógł się spodziewać, że natura gbura i prostaka przysłuży mu się do zdobycia pozycji, o której marzy każdy...:) Tam pokrótce rozpoczyna się historia Nikodema Dyzmy. Czy trzeb coś jeszcze dopowiadać? Myślę, że nie. Bo tego, jak się kończy, nie zdradzę...

Historia ta ukazuje społeczeństwo dwudziestolecia międzywojennego. Wielkie biznesy, wielką polityką i ogromną żądzę pieniądza. Podział na klasę robotniczą i tak zwaną inteligencję, do której zaliczali się politycy oraz ludzie z tytułami  szlacheckimi. Cóż jednak z tego wynikało? Nic. Nie szła za tym mądrość. Liczyły się tylko luksusy, pieniądze, wystawny tryb życia. Nie byli nawet w stanie zauważyć licznych braków w manierach, wiedzy i umiejętnościach Dyzmy, którego przygarnęli jak swego, gdy tylko zaczął zdobywać sławę, sukcesy i pieniądze. Smutny to obraz społeczeństwa. Pomimo to książka jest bardzo zabawna, napisana językiem prostym z licznymi nieużywanymi już dziś wyrażeniami, które bardzo często były tłumaczone w przypisach. 

Dzięki takim książkom znów mam ochotę przyjrzeć się bliżej polskim powieściom z początku XX wieku. I na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z nowo poznanym autorem. Dopiero teraz, po lekturze powieści T. Dołęgi Mostowicza, nabrałam ochoty na obejrzenie filmu, choć nie lubię Romana Wilhelmi, który wcielił się w rolę tytułowego Nikodema.

wtorek, 30 lipca 2013

"Majakowski//Reaktywacja" - zapraszam do teatru :)

Dziś będzie okołoksiążkowo :) w czerwcu tego roku w Teatrze Powszechnym w Radomiu powstała bardzo ciekawa inscenizacja dzieł Włodzimierza Majakowskiego - "Majakowski//Reaktywacja". Polecam serdecznie wszystkim maniakom literatury z Radomia i okolic. Ponieważ sama tego spektaklu nie miałam okazji obejrzeć, ale gra w nim moja koleżanka i mówi, że stale mają komplet publiczności, wnioskuję, iż warto się tam wybrać i gorąco polecam! (Mam nadzieję, że po wakacyjnej przerwie wznowią spektakl:)) 


A o co dokładnie chodzi? Przeczytajcie TUTAJ :)

I jeszcze krótki fragment spektaklu (niestety nie dało się tu wstawić filmiku...):

http://youtu.be/4QXGXYvl_3s


sobota, 27 lipca 2013

Wisława Szymborska "Atlantyda"

Atlantyda


Istnieli albo nie istnieli.
Na wyspie albo nie na wyspie.
Ocean albo nie ocean
połknął ich albo nie.

Czy było komu słuchać kogo?
Czy było komu walczyć z kim?
Działo się wszystko albo nic
tam albo nie tam.

Miast siedem stało.
Czy na pewno?
Stać wiecznie chciało.
Gdzie dowody?

Nie wymyślili prochu, nie.
Proch wymyślili, tak.

Przypuszczalni. Wątpliwi.
Nie upamiętnieni.
Nie wyjęci z powietrza,
z ognia, z wody, z ziemi.

Nie zawarci w kamieniu
ani w kropli deszczu.
Nie mogący na serio
pozować do przestróg.

Meteor spadł.
To nie meteor.
Wulkan wybuchnął.
To nie wulkan.
Ktoś wołał coś.
Niczego nikt.


Na tej plus minus Atlantydzie.

To jeden z moich ulubionych wierszy Szymborskiej. Na dodatek mój ulubiony Turnau napisał do teksu melodię i powstało to:

piątek, 26 lipca 2013

"Sceny z życia małżeńskiego" Ingmar Bergman

Gdybym w jednym zdaniu miała streścić "Sceny z Życia małżeńskiego", zrobiłabym to w następujący sposób: książka zimna jak szwedzki klimat, ponura jak tamtejsze zimowe dni, monotonna jak codzienne życie mieszkańców Szwecji, tajemnicza i milcząca jak owi mieszkańcy.

Szczerze przyznaję, iż nie obejrzałam jeszcze żadnego owianego sławą filmu Bergmana. Postanowiłam przeczytać jednak jego książkę, zapisaną w formie dramatu. To co uderzyło mnie już na wstępie, to przedmowa autora, który opisuje, co miał na myśli w danej scenie. Czy to aby nie przesada...? Czy aby nie po to pisze się dzieła, by każdy mógł je odczytywać na własny sposób..?? Odstąpiłam więc od przeczytania kilku pierwszych stron (i zapewne nie tylko ja), by zagłębić się w dialogach rozpoczynających akcję książki.
Początkowo rzeczywiście dosyć nietypowa scena - wzorowe małżeństwo udziela wywiadu dziennikarce do kobiecego czasopisma. Już w tym momencie wyczuwamy, iż coś ciekawego będzie się za chwilę działo...

Niestety praktycznie żadna późniejsza scena niczym mnie nie zaskoczyła - wręcz przeciwnie - chwilami nawet znużyła, każda kolejna coraz bardziej. Napisałam wcześniej 'praktycznie żadna', ponieważ istnieją tu dwa momenty, które zaskoczyły mnie zupełnie i zmieniły obraz głównych bohaterów. I cóż z tego, skoro w następnej scenie wszystko jak gdyby wraca do normy i można domyślić się każdego kolejnego wersu.

Kolejną rzeczą, która nieco ostudziła moje zapały odnośnie tegoż autora jest styl budowania dialogów - dobór słów dokładniej rzecz opisując. Być może (a może zdecydowanie) jest to wina tłumacza. Zdania tworzone są w sposób sztuczny i zupełnie nie przypominają monologów scenicznych czy filmowych. Nie wyobrażam sobie, by rozmawiać z najbliższą mi osobą z ogromnym patosem, zdaniami wielokrotnie złożonymi z tysiącami tzw. dekoracji, barwników itp.

Mimo wszystko utwór ten zawiera w sobie pewien element znakomitości, którego niestety nie jestem w stanie określić słowami. Być może dotyczy to tematu, który autor sobie upodobał, a który jest większości z nas tak dobrze znany - zbyt idealne małżeństwo, by mogło przetrwać nienaruszone, by nic z nim nie zmieniać, by nie doprowadziło do rewolucji. Być może jestem zbyt niedoświadczoną osobą i za mało wiem o życiu i sztuce pisania, by zrozumieć sens zawarty w książce Bergmana.

Chcąc dokonać porównania napiszę krótko - zdecydowanie wolę "Małe zbrodnie małżeńskie" Schmitta, które oscylują wokół bardzo podobnego tematu, napisane są prostym, zrozumiałym językiem, z wartką akcją i jej licznymi zwrotami, niż owiane sławą "Sceny z życia małżeńskiego", które dla mnie były po prostu nudne i niczego wartościowego nie wniosły w moje spojrzenie na świat. Wierzę jednak, iż nie każdy oprze się na moich słowach, lecz weźmie tę pozycję do ręki i oceni jej wartość według swoich kryteriów.
[podaj.net]