sobota, 28 września 2013

Wodospad - Joyce Carol Oates


Całkiem niezła książka, której lektura jednak wyjątkowo mnie zmęczyła.

Zaczyna się mocnym akcentem- rok 1950, nowożeńcy- Ariah i Gilbert, spędzają miesiąc miodowy nad Niagarą. Po fiasku nocy poślubnej Gilbert rzuca się do wodospadu.
Ariah jakoś udaje się pozbierać po tym wydarzeniu, ale naznaczy ono na zawsze jej dalsze życie. Uzna, że jest przeklęta, i choć niebawem uda jej się stworzyć kolejny, tym razem udany związek (z adwokatem Dirkiem Burnabym), będzie już do końca wyglądać kolejnej katastrofy, przewidywać najgorsze, wyglądać czającego się nieszcześcia.
Wszystkie jej działania mają na celu zabezpieczenie się (emocjonalne i finansowe) przed sytuacją, gdy straci także Dirka. Okazuje się zresztą, że faktycznie, w końcu traci drugiego męża, ale w sposób, którego nikt nie mógł przewidzieć.
Jednak żadne działania, które miały przygotować grunt pod najgorsze, nie uchroniły Ariah i jej trojga dzieci, przed tym , co faktycznie musieli przejść i nie ułatwiły przeżycia żałoby, utraty a potem życia bez ojca i partnera.
Mijają lata, każdy radzi sobie z tą wyrwą w ich życiu na swój sposób: Ariah- poprzez całkowite wyparcie Dirka ze świadomości i pamięci, jej synowie (każdy oddzielnie)- próbują wyjaśnić tajemnicę jego ostatnich chwil, uda się to jednak tylko najmłodszej z rodzeństwa- nastolatce Juliet.


Plusy ksiażki- wiarygodność psychologiczna- doskonale sportretowana jest główna bohaterka- jej walka najpierw z traumą po samobójstwie pierwszego męża, której nie jest w stanie przezwyciężyć, potem wyparcie części swojego ja po śmierci Dirka. Minusem tego doskonałego sportretowania bohaterki jest to, że jest wyjątkowo wkurzająca.
Człowiek czyta, i męczy się razem z ludźmi, którzy musieli z nią przebywać.
Świetnie oddane są również charaktery pozostałych bohaterów- zwłaszcza rodzeństwa Bunburych.
W przewrotny sposób książka ma pozytywne przesłanie i daje nadzieję- dla mnie kolejny plus. No i ostatni- jeśli chodzi o stosunki dzieci- rodzice bazuje raczej na pojęciu "wystarczająco dobrego rodzica" a nie skandynawskiego "rodzic musi być idealny".
Być może kogoś zainteresuje też tematyka ekologiczna.
Jeśli wydaje się wam, że dacie radę przez 450 stron obcować z wyjątkowo neurotyczną bohaterką, to polecam tę książkę.

czwartek, 26 września 2013

Nowa lista - październik 2013

Drodzy czytelnicy! ze sporym poślizgiem, ale jest - październikowa lista Jubilatów. Tym razem być może nie aż tak imponująca jak poprzednie, ale to pewnie tylko moje skromne zdanie. Jeśli ktoś znajdzie na liście Jubilata, z którym chciałby świętować, zapraszam!!!

Listę oczywiście znajdziecie powyżej :)

środa, 21 sierpnia 2013

Edith Nesbit "Poszukiwacze skarbu"


...Naszym grodem rodzinnym jest Lewisham Road...*

Rzadko sięgam po literaturę dziecięcą i młodzieżową XIX wieku. Mam wrażenie, że nic się w tych historiach nie dzieje, wątki ciągną się w nieskończoność, i wszystko kończy się dobrze, szczęśliwie i przewidywalnie. No cóż, nie pomyliłam się i tym razem, chociaż przyznam, że moje obawy i przemyślenia nie do końca się sprawdziły.

Poznajemy tu bowiem szóstkę rodzeństwa, która po śmierci matki i kłopotach finansowych ojca nie może uczęszczać do szkoły. Nie może także jeść ulubionych przysmaków, podróżować, nosić najpiękniejszych ubrań. Bardzo brakuje im mamy i dawnego życia. Postanawiają więc wziąć sprawy w swoje ręce - odszukać skarb, dzięki któremu odbiją się od finansowego dna i wspomogą biednego ojca. Zarządzają naradę i każde z nich wymyśla własny niepowtarzalny sposób na zdobycie skarbu. Przyznam szczerze, że pomysłów to im nie brakowało.

Cóż z tego, skoro większość pomysłów nie udała się, głównie ze względu na ugrzecznione wychowanie dzieci. A planowali kilka ciekawych rzeczy, między innymi napad, handel winem, pożyczkę u Żyda - lichwiarza czy redagowanie gazety. Na dodatek, cokolwiek zarobili, od razu trwonili na szczytne cele lub łakocie. I gdy już mieli zamiar poddać się i pogodzić z własnym losem, nieoczekiwanie skarb sam ukazał się ich oczom. Choć szczerze mówiąc solidnie sobie na niego zapracowali.

Książka początkowo nudziła mnie i denerwowała. Jak można być tak grzecznymi i ułożonymi dziećmi?! Dziękuję, proszę, przepraszam - odzywali się tak nawet do siebie podczas zabawy. Do tego tradycyjnie dziewczynki były grzeczne, cichutkie i spokojne, a chłopcy wpadali na najciekawsze pomysły.Strasznie irytowały mnie ich charaktery i zachowania. Więc dlaczego w sumie historia ta zainteresowała mnie na tyle, że nawet nie zauważyłam, kiedy dobrnęłam do ostatniej strony..? Nie umiem opowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, czy to sposób pisania Nesbit, czy ciekawość, co też zdarzy się w następnym rozdziale, czy po prostu zwyczajna nutka tęsknoty do dzieciństwa... Przypomniały mi się własne pomysły i niezbyt bezpieczne zabawy. 

Czy wręczyłabym tę książkę własnemu dziecku? Owszem. Po to, by zobaczyło, jak kiedyś bawiły się dzieci, jaką miały wyobraźnię i ile zabawek (czytaj żadnych) potrzebowały, by miło i ciekawie spędzić wolny czas. Także po to, by poznało dawne czasy, odkryło inny świat i styl wypowiedzi. W końcu po to, by poznało szóstkę bardzo miłych, kochających się bohaterów, pełnych radości, humoru i optymizmu nawet w tak trudnych dla nich czasach.

...Biedny Indianin z odległych stron wraca,
I kogoż po drodze spotyka?
Spotyka poszukiwaczy skarbu,
Którzy szukali i znaleźli największy skarb...
Drogiego i dobrego wuja... *

* Zdania zapisane kursywą to początek i koniec powyższej książki.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kariera Nikodema Dyzmy

Postać Nikodema Dyzmy zna chyba każdy. Bardzo popularna swego czasu książka, potem jeszcze popularniejsza adaptacja filmowa, a ostatnimi czasy nawet komedia nawiązująca do oryginału - "Kariera Nikosia Dyzmy". Cóż więc skłoniło mnie do sięgnięcia po tę lekturę? Po pierwsze- rocznica urodzin autora, po drugie - kompletny brak wiedzy na temat jego twórczości, po trzecie - nieznajomość ani treści książki, ani treści filmu.

Przyznam szczerze, że liczyłam na nieciekawie napisane czytadło, z mdłymi postaciami i nudną historią (cóż za podejście do lektury, nieprawdaż? aż chce się czytać... :)). A tu powieść Dołęgi Mostowicza wciągnęła mnie od pierwszej do ostatniej strony! Mało tego - kiedy już dotarłam do ostatniej strony, nie chciało mi się wierzyć, że to już koniec. Bardzo dobra lektura na lato! 

Czy muszę komukolwiek przypominać o czym jest ta książka? Jeśli znajdzie się ktoś, kto nie zna historii Nikodema Dyzmy, to niech nadstawi ucha i słucha: otóż kręcił się po warszawskich ulicach pewien mężczyzna, niebrzydki, niegłupi, ale bez większych szkół i bez doświadczenia w pracy. Nigdzie nie mógł dłużej zagrzać miejsca. A e na dodatek leniwy był z niego typ, szukał pracy lekkiej, łatwej i przyjemnej. Niestety, nic z tego nie wychodziło. Zupełnym przypadkiem bohater nasz zdobył nieimienne zaproszenie na bal dygnitarzy rządowych, a ponieważ głodny był niemiłosiernie, postanowił wybrać się tam i posiedzieć choćby godzinkę. Któż mógł się spodziewać, że natura gbura i prostaka przysłuży mu się do zdobycia pozycji, o której marzy każdy...:) Tam pokrótce rozpoczyna się historia Nikodema Dyzmy. Czy trzeb coś jeszcze dopowiadać? Myślę, że nie. Bo tego, jak się kończy, nie zdradzę...

Historia ta ukazuje społeczeństwo dwudziestolecia międzywojennego. Wielkie biznesy, wielką polityką i ogromną żądzę pieniądza. Podział na klasę robotniczą i tak zwaną inteligencję, do której zaliczali się politycy oraz ludzie z tytułami  szlacheckimi. Cóż jednak z tego wynikało? Nic. Nie szła za tym mądrość. Liczyły się tylko luksusy, pieniądze, wystawny tryb życia. Nie byli nawet w stanie zauważyć licznych braków w manierach, wiedzy i umiejętnościach Dyzmy, którego przygarnęli jak swego, gdy tylko zaczął zdobywać sławę, sukcesy i pieniądze. Smutny to obraz społeczeństwa. Pomimo to książka jest bardzo zabawna, napisana językiem prostym z licznymi nieużywanymi już dziś wyrażeniami, które bardzo często były tłumaczone w przypisach. 

Dzięki takim książkom znów mam ochotę przyjrzeć się bliżej polskim powieściom z początku XX wieku. I na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z nowo poznanym autorem. Dopiero teraz, po lekturze powieści T. Dołęgi Mostowicza, nabrałam ochoty na obejrzenie filmu, choć nie lubię Romana Wilhelmi, który wcielił się w rolę tytułowego Nikodema.

wtorek, 30 lipca 2013

"Majakowski//Reaktywacja" - zapraszam do teatru :)

Dziś będzie okołoksiążkowo :) w czerwcu tego roku w Teatrze Powszechnym w Radomiu powstała bardzo ciekawa inscenizacja dzieł Włodzimierza Majakowskiego - "Majakowski//Reaktywacja". Polecam serdecznie wszystkim maniakom literatury z Radomia i okolic. Ponieważ sama tego spektaklu nie miałam okazji obejrzeć, ale gra w nim moja koleżanka i mówi, że stale mają komplet publiczności, wnioskuję, iż warto się tam wybrać i gorąco polecam! (Mam nadzieję, że po wakacyjnej przerwie wznowią spektakl:)) 


A o co dokładnie chodzi? Przeczytajcie TUTAJ :)

I jeszcze krótki fragment spektaklu (niestety nie dało się tu wstawić filmiku...):

http://youtu.be/4QXGXYvl_3s


sobota, 27 lipca 2013

Wisława Szymborska "Atlantyda"

Atlantyda


Istnieli albo nie istnieli.
Na wyspie albo nie na wyspie.
Ocean albo nie ocean
połknął ich albo nie.

Czy było komu słuchać kogo?
Czy było komu walczyć z kim?
Działo się wszystko albo nic
tam albo nie tam.

Miast siedem stało.
Czy na pewno?
Stać wiecznie chciało.
Gdzie dowody?

Nie wymyślili prochu, nie.
Proch wymyślili, tak.

Przypuszczalni. Wątpliwi.
Nie upamiętnieni.
Nie wyjęci z powietrza,
z ognia, z wody, z ziemi.

Nie zawarci w kamieniu
ani w kropli deszczu.
Nie mogący na serio
pozować do przestróg.

Meteor spadł.
To nie meteor.
Wulkan wybuchnął.
To nie wulkan.
Ktoś wołał coś.
Niczego nikt.


Na tej plus minus Atlantydzie.

To jeden z moich ulubionych wierszy Szymborskiej. Na dodatek mój ulubiony Turnau napisał do teksu melodię i powstało to:

piątek, 26 lipca 2013

"Sceny z życia małżeńskiego" Ingmar Bergman

Gdybym w jednym zdaniu miała streścić "Sceny z Życia małżeńskiego", zrobiłabym to w następujący sposób: książka zimna jak szwedzki klimat, ponura jak tamtejsze zimowe dni, monotonna jak codzienne życie mieszkańców Szwecji, tajemnicza i milcząca jak owi mieszkańcy.

Szczerze przyznaję, iż nie obejrzałam jeszcze żadnego owianego sławą filmu Bergmana. Postanowiłam przeczytać jednak jego książkę, zapisaną w formie dramatu. To co uderzyło mnie już na wstępie, to przedmowa autora, który opisuje, co miał na myśli w danej scenie. Czy to aby nie przesada...? Czy aby nie po to pisze się dzieła, by każdy mógł je odczytywać na własny sposób..?? Odstąpiłam więc od przeczytania kilku pierwszych stron (i zapewne nie tylko ja), by zagłębić się w dialogach rozpoczynających akcję książki.
Początkowo rzeczywiście dosyć nietypowa scena - wzorowe małżeństwo udziela wywiadu dziennikarce do kobiecego czasopisma. Już w tym momencie wyczuwamy, iż coś ciekawego będzie się za chwilę działo...

Niestety praktycznie żadna późniejsza scena niczym mnie nie zaskoczyła - wręcz przeciwnie - chwilami nawet znużyła, każda kolejna coraz bardziej. Napisałam wcześniej 'praktycznie żadna', ponieważ istnieją tu dwa momenty, które zaskoczyły mnie zupełnie i zmieniły obraz głównych bohaterów. I cóż z tego, skoro w następnej scenie wszystko jak gdyby wraca do normy i można domyślić się każdego kolejnego wersu.

Kolejną rzeczą, która nieco ostudziła moje zapały odnośnie tegoż autora jest styl budowania dialogów - dobór słów dokładniej rzecz opisując. Być może (a może zdecydowanie) jest to wina tłumacza. Zdania tworzone są w sposób sztuczny i zupełnie nie przypominają monologów scenicznych czy filmowych. Nie wyobrażam sobie, by rozmawiać z najbliższą mi osobą z ogromnym patosem, zdaniami wielokrotnie złożonymi z tysiącami tzw. dekoracji, barwników itp.

Mimo wszystko utwór ten zawiera w sobie pewien element znakomitości, którego niestety nie jestem w stanie określić słowami. Być może dotyczy to tematu, który autor sobie upodobał, a który jest większości z nas tak dobrze znany - zbyt idealne małżeństwo, by mogło przetrwać nienaruszone, by nic z nim nie zmieniać, by nie doprowadziło do rewolucji. Być może jestem zbyt niedoświadczoną osobą i za mało wiem o życiu i sztuce pisania, by zrozumieć sens zawarty w książce Bergmana.

Chcąc dokonać porównania napiszę krótko - zdecydowanie wolę "Małe zbrodnie małżeńskie" Schmitta, które oscylują wokół bardzo podobnego tematu, napisane są prostym, zrozumiałym językiem, z wartką akcją i jej licznymi zwrotami, niż owiane sławą "Sceny z życia małżeńskiego", które dla mnie były po prostu nudne i niczego wartościowego nie wniosły w moje spojrzenie na świat. Wierzę jednak, iż nie każdy oprze się na moich słowach, lecz weźmie tę pozycję do ręki i oceni jej wartość według swoich kryteriów.
[podaj.net]

niedziela, 23 czerwca 2013

Erich Maria Remarque - "Iskra życia"


Czasami ktoś mnie pyta, dlaczego wśród moich lektur jest tak dużo literatury obozowej, czy też dotyczącej Zagłady. Nie potrafię odpowiedzieć inaczej, jak „Aby pamiętać”. Jestem też głęboko przekonana, że pamiętając wypełniam swoją powinność wobec tych, którzy ginęli w obozach pracy, w obozach koncentracyjnych, łagrach. Jestem dłużnikiem milionów, które straciły swoje życie i chociaż tyle mogę dla nich zrobić – pamiętać. Często sięgam po świadectwa tych, którzy przeżyli, ale czasami także po fikcję literacką. Z czystym sumieniem mogę napisać, że „Iskra życia” Ericha Marii Remarque’a jest jedną z najlepszych fikcji literackich dotyczącą obozowej tematyki, jaką miałam okazję trzymać w ręce. Niemiec, nie będący również Żydem, o zapatrywaniach antynazistowskich,  stworzył głęboko poruszające dzieło o codzienności w obozie w Mellern w 1945 roku, a także w sąsiadującym miasteczku, na kilka tygodni przed wyzwoleniem. Autor wojnę spędził w Ameryce, pisząc więc książkę opierał się wyłącznie na zeznaniach ocalałych i świadków. Chylę czoła, bo udało mu się to zrobić genialnie, aż trudno uwierzyć, że to nie on siedział w jednym z baraków w Mallern.

Przewodnikiem po obozie jest więzień o numerze 509, w książce nazywany kościotrupem, w życiu przedobozowym Friedrichem Kollerem, a życia pozaobozowego komendant obozu Bruno Neubauer SS-obersturmbannfuhrer. Więzień numer 509 pokazuje nam, jak ważna jest najmarniejsza skórka chleba, oszczędzana woda, miejsce w baraku do spania, umiejętność niknięcia w tłumie, udawania trupa, a wszystko to po to, aby przeżyć. Z drugiej strony, dla kontrastu,  mamy życie komendanta obozu, który jest jednym z najgorętszych zwolenników partii Hitlera, ale sam siebie uważa za dobrego. Czyni przecież to, co mu rozkażą i taki ma obowiązek. Prywatnie niewierny mąż, właściciel gazety i domu handlowego, miłośnik królików i kwiatów, który już dawno zapomniał o tym, że więźniowie w obozie są ludźmi, takimi samymi jak on sam. Opisywane dni są wstrząsającym zapisem obozowej codzienności i zezwierzęcenia SS-manów, kapo i blokowych, pełnym brutalnych scen. W miejscu takim jak Mallern jedni ludzie byli bierni, walczący tylko o zakrzyczenie żołądka bez troski o dobro drugiego człowieka, drudzy mieli na uwadze także współwięźnia, sąsiada z pryczy, kogoś, kto im pomógł lub kogoś, o którego, w ich mniemaniu, po prostu trzeba dbać. Ta iskra życia, która tli się w nich warta jest podtrzymywania za każdą cenę.
Nie czyta się łatwo, jednak tło, język, a także świetnie skonstruowane postaci powodują, że chociaż nie raz ma się ochotę zamknąć oczy, to czyta się dalej, niemal z zapartym tchem. Bo tak właśnie pisze Remarque – przejmująco i bardzo obrazowo, a emocje kipią tuż pod powierzchnią.

Remarque, jako przeciwnik wszelkiej władzy totalitarnej, przeciwstawił się w swojej książce nie tylko nazizmowi, ale także komunizmowi. To właśnie sceny z udziałem obozowych komunistów powodowały, że po moich plecach przechodziły ciarki. Ludzie ginęli z głodu i chorób, a oni czując bliskość frontu, już się organizowali, planowali swoje życie na czas po wyzwoleniu, ukrywali swoich i pomagali tym, którzy mogli być dla nich przydatni. Jakże przerażające jest to, że będąc więźniami jednej władzy totalitarnej planowali wprowadzenie kolejnej, swojej. Nie kryli się z tym, że ludzie niebędący ich sojusznikami dostaną zapewnie kulkę w łeb lub zostaną zamknięci w obozach. Niczym nie różnili się od swoich prześladowców, niczego się nie nauczyli. Jakie to straszne.

„Iskra życia” Remarque’a to świetna książka, makabryczna, oburzająca, niezwykle esencjonalna, z gatunku tych, których się nie zapomina, nie tylko ze względu na opisywaną historię.

czwartek, 20 czerwca 2013

"Bestie" Joyce Carol Oates

Przeszukując biblioteczne półki w poszukiwaniu ciekawych lektur, natknęłam się na powieści Oates. Niestety większość z nich była tak niesłychanie grubachna, że już, już opuszczały mnie nadzieje, gdy nagle w ostatniej chwili zauważyłam cieniutką książeczkę, powiastkę o wdzięcznym tytule "Bestie". Zawsze byłam zdania, że ilość stron nie idzie w prze z jakością. Tym razem byłam wręcz zaskoczona, jak wiele emocji można zmieścić w tak niewielkiej objętościowo historii. Tragicznej historii, przerażającej historii... Brrr, do tej pory ciarki przechodzą mi po plecach...

"Bestie" to historia opisująca losy młodych studentek w jednym z amerykańskich miasteczek. Miłośniczki poezji zapisują się na bardzo popularne i elitarne warsztaty twórcze, gdzie zdobywają pierwsze szlify poetyckie pod okiem niezwykle charyzmatycznego Andre Harrowa. Mężczyzna nie jest przystojny, lecz charyzma, styl bycia, miłość do poezji, a przede wszystkim żona - rzeźbiarka Dorcas, powodują, że młode dziewczyny zakochują się z nim niemal z miejsca. Tak dzieje się także z główną bohaterką, Gillian, młodą i utalentowaną dziewczyną z pięknymi włosami. Niestety ślepa miłość nie zawsze wiedzie nas odpowiednimi drogami. Tym bardziej, jeśli inni obiekt uczuć perfidnie to wykorzystuje. 

Gillian słyszała plotki o tym, że Andre i Dorcas co jakiś czas zapraszają w wielkiej tajemnicy wybrane studentki, nikt jednak nie wiedział do końca po co... Dziewczyna zaczyna też obserwować coraz dziwniejsze zachowania swych koleżanek, współtowarzyszek z akademika i warsztatów twórczych. Mimo to daje się uwieść swemu ukochanemu wykładowcy i zaproszona do domu państwa Harrow pędzi tam co sił. Nie wie jednak co ją tam czeka... A czeka ją sporo atrakcji! A wszystko rozpoczyna się i kończy pożarem...

Przerażająco wciągająca historia. Nie przepadam za thrillerami, za bardzo się boję i wyobraźnia podpowiada mi niestworzone rzeczy, które czasami nawet śnią się po nocach. Zbyt mocno przeżywam takie historie, aby spokojnie po nich zasnąć. Co więc skusiło mnie do sięgnięcia po tę książkę? Nie wiem. Ale jedno jest pewne - musiała to być jakaś siła wyższa, która pozwala odkrywać fascynującą literaturę i niezwykłych autorów. Wierzę głęboko, że nie jest to moje ostatnie spotkanie z Joyce Carol Oates, która zaczarowała mnie swym stylem i przywróciła wiarę w to, że thrillery nie zawsze muszą pozostawać "na żołądku". Polecam "Bestie" wszystkim, bez wyjątku. 

środa, 12 czerwca 2013

Hrabia Fredro razy dwa: "Pierwsza lepsza" oraz "Odludki i poeta"

Zapomniałam już, jak miło można spędzić czas przy utworach epoki Romantyzmu... Dawno nie miałam też w ręku komedii Fredry, stale obracałam się wokół jego wierszy dla dzieci. Aż w końcu nadarzyła się okazja - 220 rocznica urodzin hrabiego, więc jakże nie skorzystać z nadarzającej się sposobności poznania tego, co jeszcze przeze mnie nieodkryte..?

Tak też zrobiłam: w bibliotece miejskiej odnalazłam dwa tomy komedii i innych utworów Fredry, a wśród nich odnalazłam te, których jeszcze nie znałam. W tym poście opiszę więc dwie jednoaktówki - "Pierwszą lepszą" oraz "Odludków i poetę". Ciekawie brzmiące tytuły przykuły moją uwagę i nie pożałowałam tych kilku chwil przy nich spędzonych. A teraz krótko i na temat, o czym rzecz:

"Pierwsza lepsza" przedstawia historię Alfreda, który w akcie rozpaczy z powodu wodzenia do za nos przez piękną Juliję, postanawia się ożenić. Nie z nią, bynajmniej. Wraz z przyjacielem Zdzisławem siadają w parkowej altanie i Alfred wyczekuje pierwszej damy, która przejdzie koło nich i zechce go za męża. Tę poślubi, tej odda cały swój majątek. Z tą będzie żył długo i szczęśliwie. Papiery notarialne przygotowane, teraz należy tylko czekać. I rzeczywiście wkrótce pojawiają się piękne młode damy, lecz żadna z nich nie zgadza się na jego propozycje. Rozmowę przyjaciół podsłuchuje starsza schorowana i nieciekawej postury kobieta - Panna Marta, która wykorzystuje sytuację i... postanawia zostać panią Alfredową. Cóż zrobić? Układ to układ. I mimo, że Alfred serdecznie żałuje wcześniejszych postanowień, sprawa zabrnęła zbyt daleko i nijak nie da się tego odkręcić. Cóż więc zrobią bohaterowie? Fantastyczna komedia, czytałam ją ze stałym uśmiechem na ustach. Krótka, na temat i świetnie napisana. Majstersztyk Fredry, zdecydowanie!

"Odludki i poeta" przedstawia historię gospodarza karczmy - Kapki, który bardzo liczy się z pieniędzmi, gdzie może, tam dorzuca kilka groszy do rachunków klientów. Tym razem jednak jak na złość trafili mu się bardzo wybredni i niezadowoleni panowie. Na dodatek córka, zamiast pomagać mu w obsłudze, woli czytać - o zgrozo - poezję! I to czyją: Edwina, pisarza miejskiego, nad którym wszyscy ubolewali po tym, jak na pogrzeb matki sprzedał wszystkie swoje książki. Kapka zlitowawszy się nad nim, oddał mu darmo dwa pokoje, w których miał między innymi uczyć jego córkę Zosię. Nauka jednak przerodziła się w miłość, która z kolei zakłócała tryb pracy gospody. Tego już za wiele! Z jednej strony zrzędliwy klient, z drugiej rozkochana córka. Ani z tego pożytku, ani pieniędzy. Cóż więc robić? Potrzebne są radykalne rozwiązania! 

Oczywiście w obu sztukach sprawy kończą się pomyślnie, bo Fredro tworzy raczej komedie w stylu "i żyli długo i szczęśliwie". Zazwyczaj takie rozwiązania nieco mnie irytują, jednak w przypadku hrabiego jest wręcz odwrotnie. Bohaterowie jego komedii są tak charakterystyczni, tak nieporadni, groteskowi, ciekawi, i zupełnie od siebie różni, że nie sposób ich nie polubić lub też znienawidzić. Są to po prostu konkretnie i wyraźnie nakreślone postacie. Jeśli dodać do tego wierszowane trzynastozgłoskowce, to mamy pełen sukces! Zachęcam wszystkich do przypomnienia sobie, z czego zasłynął hrabia Aleksander Fredro i sięgnięcia po którykolwiek jego utwór. Naprawdę warto!