piątek, 26 lipca 2013

"Sceny z życia małżeńskiego" Ingmar Bergman

Gdybym w jednym zdaniu miała streścić "Sceny z Życia małżeńskiego", zrobiłabym to w następujący sposób: książka zimna jak szwedzki klimat, ponura jak tamtejsze zimowe dni, monotonna jak codzienne życie mieszkańców Szwecji, tajemnicza i milcząca jak owi mieszkańcy.

Szczerze przyznaję, iż nie obejrzałam jeszcze żadnego owianego sławą filmu Bergmana. Postanowiłam przeczytać jednak jego książkę, zapisaną w formie dramatu. To co uderzyło mnie już na wstępie, to przedmowa autora, który opisuje, co miał na myśli w danej scenie. Czy to aby nie przesada...? Czy aby nie po to pisze się dzieła, by każdy mógł je odczytywać na własny sposób..?? Odstąpiłam więc od przeczytania kilku pierwszych stron (i zapewne nie tylko ja), by zagłębić się w dialogach rozpoczynających akcję książki.
Początkowo rzeczywiście dosyć nietypowa scena - wzorowe małżeństwo udziela wywiadu dziennikarce do kobiecego czasopisma. Już w tym momencie wyczuwamy, iż coś ciekawego będzie się za chwilę działo...

Niestety praktycznie żadna późniejsza scena niczym mnie nie zaskoczyła - wręcz przeciwnie - chwilami nawet znużyła, każda kolejna coraz bardziej. Napisałam wcześniej 'praktycznie żadna', ponieważ istnieją tu dwa momenty, które zaskoczyły mnie zupełnie i zmieniły obraz głównych bohaterów. I cóż z tego, skoro w następnej scenie wszystko jak gdyby wraca do normy i można domyślić się każdego kolejnego wersu.

Kolejną rzeczą, która nieco ostudziła moje zapały odnośnie tegoż autora jest styl budowania dialogów - dobór słów dokładniej rzecz opisując. Być może (a może zdecydowanie) jest to wina tłumacza. Zdania tworzone są w sposób sztuczny i zupełnie nie przypominają monologów scenicznych czy filmowych. Nie wyobrażam sobie, by rozmawiać z najbliższą mi osobą z ogromnym patosem, zdaniami wielokrotnie złożonymi z tysiącami tzw. dekoracji, barwników itp.

Mimo wszystko utwór ten zawiera w sobie pewien element znakomitości, którego niestety nie jestem w stanie określić słowami. Być może dotyczy to tematu, który autor sobie upodobał, a który jest większości z nas tak dobrze znany - zbyt idealne małżeństwo, by mogło przetrwać nienaruszone, by nic z nim nie zmieniać, by nie doprowadziło do rewolucji. Być może jestem zbyt niedoświadczoną osobą i za mało wiem o życiu i sztuce pisania, by zrozumieć sens zawarty w książce Bergmana.

Chcąc dokonać porównania napiszę krótko - zdecydowanie wolę "Małe zbrodnie małżeńskie" Schmitta, które oscylują wokół bardzo podobnego tematu, napisane są prostym, zrozumiałym językiem, z wartką akcją i jej licznymi zwrotami, niż owiane sławą "Sceny z życia małżeńskiego", które dla mnie były po prostu nudne i niczego wartościowego nie wniosły w moje spojrzenie na świat. Wierzę jednak, iż nie każdy oprze się na moich słowach, lecz weźmie tę pozycję do ręki i oceni jej wartość według swoich kryteriów.
[podaj.net]

1 komentarz:

  1. Czytałam. Póki było to studium rozkładu związku i cierpienia, to ok. Jak jednak autor doszedł do pochwaly związków otwartych, zaczęłam przecierać oczy ze zdumienia:).

    OdpowiedzUsuń